Menu

Pisanie na śniadanie

Róbmy swoje...

cdn

ziemek52

Konwicki o Polakach
Dziś pierwszy dzień kalendarzowej jesieni. Skoro więc mamy jesień i wieczory dłuższe, to czas powrócić do pisania bloga. Tym razem mało napiszę od siebie. Napiszę tylko tytułem wstępu. Reszta jest przeznaczona do uważnego przeczytania i zanotowania, a nawet, jak ktoś chce do pobrania, bo i myśl to zupełnie genialna i prorocza, ale zarazem gorzka w swej wymowie, a raczej prawdziwa aż do bólu - o nas, Polakach. A napisał ją Tadeusz Konwicki w książce z 1981 roku pt Wschody i zachody księżyca - swoim dzienniku, raptularzu, wspomnieniach i rozważaniach - wszystko razem wzięte.
Otóż ta myśl tłumaczy, jak nic innego, jak żadne badania socjologiczne i politologiczne, jak to się stało, że PiS doszedł do władzy. Jest genialną diagnozą zachowań niektórych Polaków a może większości? Proszę uważnie przeczytać, tę jota w jotę przepisaną myśl - Tadeusz Konwicki Wschody i zachody księżyca, str. 73 i 74.
Cytat "Polacy są ślicznym, pełnym wdzięku, inteligentnym narodem, ale narodem infantylnym, podrostkowatym, zatrzymanym w rozwoju w stadium dziecięctwa. Wspaniali Polacy, tak dumni ze swego polactwa, są dziecinni.
Dlatego cierpią na silny kompleks ojca. Polacy marzą o normalnym, dorosłym, odpowiedzialnym mężczyźnie, który by wziął na siebie całą odpowiedzialność za ich dziecinne losy. Polacy tęsknią do ojca, rosłego draba z wąsami, o szorstkich, ale zdecydowanych ruchach. Polacy kochają tatusiów z pasem rzemiennym w ręku, tatusiów gniewnych, ale sprawiedliwych, którzy są szanowani przez wszystkich sąsiadów. Miło jest, bawiąc się w piaskownicy, przypomnieć sobie tatę, który, kiedy wróci z pracy, natrze uszu temu piegowatemu drągalowi z sąsiedniej ulicy.
Dlatego Polacy nie potrafią żyć bez ojców narodu. Dlatego Polacy całym ogromnym wysiłkiem podświadomości usiłują w każdej mikroepoce urodzić złotego cielca w postaci atrapy ojca. Dlatego każda menda w tym kraju drapuje się co rana w wytarte szaty ojca narodu, czyli ojca i rodziciela niedorosłych Polaków.
Ale może w gruncie rzeczy, każdy naród cierpi na podobny kompleks. Nie kompleks Edypa, lecz kompleks Stasia, Zbysia, Wojtka".
Nie odważę się nic dopisywać od siebie do owej genialnej myśli.

 

cdn...

ziemek52

"Alegorie o dobrych i złych rządach" - Ambrogio Lorenzotti

Ostatnio zainteresowały mnie dwa freski Ambrogio Lorenzottiego "Alegorie dobrych i złych rządów". Freski znajdują się w Muzeum Historycznym Pallazzo Publico w Sienie. Namalowane zostały w 1337 roku. Włączyłem komputer i udałem się w wirtualną wycieczkę. Za chwilę na monitorze pojawiły się freski. Dzieła fascynujące. Wiele mówiące o tym, że ludzie od zawsze pragnęli rządów sprawiedliwych i mieli wyobrażenie, jak powinny wyglądać. Tak było i za czasów Lorenzottiego. Otóż we fresku Lorenzottiego "Alegoria o dobrych rządach" widzimy w centralnym punkcie władcę. Otaczają go postaci symbolizujące chrześcijańskie wartości, a więc wiarę, miłość, roztropność, umiarkowanie, miłosierdzie, skromność, pokorę. Po prawej stronie władcy widać Iustitutię, czyli Sprawiedliwość(Temida). Sprawiedliwość wspomagana jest przez Sapientę-czyli Mądrość. Od Sprawiedliwości odchodzą linie połączone w jedną przez postać Concordii, czyli Zgody. Na tym jednak nie koniec. Otóż malarz prowadzi od Concordii linię dalej, bo do dwudziestu czterech postaci przychodzących do władcy(bynajmniej nie w pokłonach). Wręczają mu końcówkę owej linii zgody. Obraz ma głęboko symboliczny sens. Otóż władza, żeby wiązać ze sobą ludzi linią zgody, musi respektować wszystkie poprzednie normy. Roztropność, umiarkowanie, miłosierdzie, mądrość, skromność. W przeciwnym razie linia zgody pęka.  Mowa jest też o zachowaniu równowagi władzy. Każda władza musi być pod kontrolą. Rządy poza kontrolą, deprawują się. Jest to prawda stara jak świat. Wprowadzają wtedy aparat represji, kontrolują społeczeństwa, bo wiedząc o swoich nieprawościach, próbują prawdę ukryć a bunt tłumić.
Dlaczego obraz ten, tak przykuł moją uwagę. Otóż jest niesamowicie współczesny. Ma przesłanie ponadczasowe. Mówi wyraźnie, że demokracja polega na podziale władzy. W przeciwnym razie grożą nam złe rządy.
O zdeprawowanych rządach mówi "Alegoria o złych rządach"
Obraz bardzo czytelny w swym przesłaniu. Władcą jest tyran. On rządzi wszystkim. Sprawiedliwość jest mu podporządkowana. Podlega władzy!!! Despota nie respektuje żadnych norm, bo sprawiedliwość jest zdegradowana i podporządkowana tyranowi. Takie rządy przynoszą rozprzężenie władzy. Jej deprawację. Ludziom przynosi nędzę, brak bezpieczeństwa, strach, represje i kary.
W obu tych dziełach z XIV wieku, powstałych w czasach, gdy panowały monarchie i dynastie, ludzie pragnęli rządów sprawiedliwych, które są pod kontrolą i służą obywatelom. Ten fresk to też przesłanie. To obywatele są odpowiedzialni za to, kto i jak sprawuje władzę. Lenistwo przy wyborach nie popłaca. Mówienie, że nic mnie to nie obchodzi kto będzie rządził, też jest skrajną nieodpowiedzialnością. Władza poza kontrolą zawsze dąży do tego, by nas kontrolować i sama potrafi skutecznie wypracować takie środki przymusu, by nałożyć nam kierat, aby ludzie robili tak, jak tego chcą rządzący. Dlatego tak trudno wyzwolić się z tego kieratu.  Trzeba będzie więc najpierw z kieratu się wyzwolić, żeby potem zmienić władzę.
Jeśli ktoś będzie w Sienie - warto zobaczyć te freski. Rządzący nie oglądną. Oni potrafią latać tylko do Rzymu, by się pokazać. Zresztą przesłanie tych fresków i tak przekręciliby w myśl zasady, którą wymyślił ich guru, że "nie wszystko musi być czarne , co jest czarnym i nie wszystko białe, co jest białym". Ta zasada jest kwintesencją władzy PiS-u w Polsce. Wszystko można podważyć, byleby nasze było na wierzchu. O takich rządach i im podobnym jest właśnie "Alegoria o złych rządach"

 

cdn...

ziemek52

Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej

Trwają Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Dla mnie to są czternaste, które oglądam. Najbardziej jednak pamiętam te w Anglii w 1966 roku. Może dlatego tak bardzo je wspominam, bo oglądałem je po raz pierwszy w telewizji. Po raz pierwszy widziałem Pelego, Garrinchę, Beckenbauera, Banksa, Charltona, Eusebio, Hursta czy Facchettiego. To trochę tak, jak pamięta się pierwszą miłość, pierwsze zauroczenie, pierwszą randkę. Chociaż to pierwsze zauroczenie okazało się chwilowe, to w pamięci zostało na zawsze. Siedziałem więc przed czarno-białym telewizorem "Lazuryt". Swoją drogą, te czarno-białe telewizory, miały często nazwy kolorowych minerałów. Tak jakby barwa minerału, miała dodać barw srebrnemu ekranowi. Oglądało się mecze wspólnie. Już wtedy tworzono to, co dziś nazywamy "strefą kibica".

Oczywiście była to namiastka dzisiejszych wielkich stref na stadionach. Wtedy były to domowe "strefy kibica". Przychodziła na mecz gromadka kolegów. To wspólne oglądanie miało swój niezaprzeczalny urok. Dziś nazwano by to integracją. Wtedy po prostu nie wszyscy mieli telewizory. Ale nawet, jak mieli, to i tak chęć wspólnego oglądania przeważała. Przychodziła więc "nasza paczka" oglądać idoli. Bo każdy z nas miał swego idola. I każdy z którymś się identyfikował na boisku szkolnym. Andrzej był Facchettim, stoperem-wymiataczem. Paweł żonglował piłką, jak Pele lub Eusebio i miał przydomek "Eusebio". Strzelał bramki jak oni lub jak Lubański. Zbyszek "Krawiec" rozdzielał piłkę, jak Bobby Charlton albo Brychczy. Mirek był naszym Beckenbauerem. Moim idolem był Gordon Banks. Bramkarz może nieefektowny, ale bardzo skuteczny. Fenomenalnie się ustawiał w bramce. Patrzyłem więc, jak bronił i imponowało mi jego opanowanie. Na boisku byłem bramkarzem od zawsze. Więc gdy grałem, to go naśladowałem i miałem wrażenie, jakby Banks stał gdzieś z tyłu za bramką i mi podpowiadał.

 

Mama moja gotowała garnek kompotu truskawkowo-rabarbarowego. Wyciągała z kredensu 8 kubków, stawiała dzbanek na stole. Nikomu z nas nie przyszło do głowy, by przynieść ze sobą kilka puszek piwa. To było po prostu niemożliwe. Piwo było dla dorosłych i my to wiedzieliśmy, jak amen w pacierzu. I nie było specjalnych zakazów sprzedaży alkoholu, poza tym oczywiście, że  można go było sprzedawać tylko dorosłym. Więc nawet w budce z piwem, bo takie były ówczesne piwiarnie, spragniony młodzian kupił tylko kwas chlebowy albo oranżadę w zielonych butelkach zwanymi krachlami. Mógł owszem poprosić o piwo, ale musiał się liczyć w konsekwencji z drwiącym śmiechem piwoszy piwiarni "pod budką" i przytykami, że chce sobie z piany wąsy przyprawić. Nie wiadomo dlaczego butelki, zakończone porcelanowym kapslem na sztywnym wygiętym drucie, który zatrzaskiwał się pod zwężeniem główki, nazywano krachlami. Po otworzeniu, wstrząśniętej najpierw butelki, wypływała piana oranżady, niczym biała piana złocistego trunku.

Tak więc podczas oglądania meczu, wypijaliśmy dzbanek kompotu a nieraz i dwa. Zależało od emocji. Mama miała w gotowości drugi dzbanek. Wiedziała bowiem, że picie kompotu wzrasta proporcjonalnie do emocji.

Podczas meczu spory też wybuchały. No bo przecież  spalony był czy nie był? To zawsze wywoływało spory i każdy miał swoją rację.  Chyba najlepiej  w takiej chwili mają kobiety, bo nie bardzo wiedzą, na czym ów spalony polega. Gorące dyskusje wywoływały też nieuznane faule itd. Największy jednak spór wywołała bramka w finałowym meczu Anglia-Niemcy. Czy piłka przekroczyła linię bramkową czy nie? Więc "Krawiec" i Paweł „Eusebio” - rasowi strzelcy bramek od razu twierdzili, że gol padł. Ja z kolei, doświadczony bramkarz boiskowy, solidarnie broniłem bramkarza niemieckiego i mówiłem, że nie padł gol. Więc gdy te spory pomeczowe narastały, co mogło grozić jedności drużyny, mama (moja i Andrzeja "Facchettetiego"), która psychologiem była nadzwyczajnym, choć żadnej psychologii nie kończyła, to zawsze wiedziała, co to są emocje u młodych, wyciągała z lodówki lody "Pingwiny" i rozdawała każdemu na deser i dla ochłody rozgrzanych głów.

Gdy już wszyscy ochłonęliśmy, rozchodziliśmy się do domów. Na drugi dzień pełni wrażeń rozgrywaliśmy poważne spotkanie z drużyną z innej ulicy. O tym jednak następnym razem. 

 

 

cdn...

ziemek52

Zimna wojna
Miałem wczoraj przyjemność oglądnąć w kinie nowy film Pawła Pawlikowskiego "Zimna wojna". Bo jest to przyjemność, uczta duchowa, oglądanie filmów tego reżysera. Film o gorącej miłości Zuli i Wiktora. W tle mroczne czasy lat 50-tych i 60-tych. Dwoje artystów. Zula - piosenkarka zespołu Pieśni i Tańca "Mazurek" i Wiktor - muzyk, kompozytor, dyrygent zespołu. Zakochują się właściwie od pierwszego wejrzenia. Znają swoją wartość, chcieliby czegoś więcej, aniżeli śpiewania ludowych piosenek.  Niestety władza socjalistyczna, której wydaje się, że wie najlepiej, chce, aby było tylko na ludowo i po proletariacku. Wiktor przy okazji wyjazdu do Berlina, przekracza granicę i ucieka na Zachód. Zula zostaje. Ale miłość ma swoje prawa, więc tęsknią i szukają się. Ciągną do siebie, jak dwa bieguny. Spotykają się  Paryżu. Czy jednak jest im tam dobrze? A reżyser mówi wprost, że "i tu źle i tam niedobrze". Więc miotają się, szukają swego miejsca w świecie dobrobytu. Zula wkrótce wraca. Wiktor zostaje. A miłość nadal tli się w sercach. Nie będę opowiadał całej fabuły i nie będę opowiadał, jak film się kończy. Uchylę jedynie rąbka tajemnicy, że ani tu, ani tam nie znaleźli swego miejsca...
Film czarno-biały. Dla koneserów czarno-białej fotografii i dla koneserów dobrego kina. Krzysztof Zanussi powiedział, że "kino jest także dla publiczności wykształconej, wymagającej, która wiele wie". Kino to nie tylko tania rozrywka. "Kino jest także dla dorosłych i to w poważnym sensie, znaczy dla ludzi, dla których kino może konkurować z literaturą, z muzyką koncertową itp". I dla takich widzów  są filmy Pawlikowskiego. Początkowo na ekranie widać kwadratowy obraz. Jakbyśmy oglądali stare zdjęcia formatu zdjęć 6x6 z lat 40-tych i 50-tych, robione Lejką albo Druhem. Potem, w miarę jak akcja filmu przenosi nas w lata 60-te obraz rozszerza się. Zdjęcia, podobnie jak w "Idzie" zrobione są po mistrzowsku. Nie brak pewnych przekontrastowań lub prześwietleń. Ale tym kieruje się zawsze dobra fotografia. Wspaniała jest muzyka, bo i film jest o muzykach. I świetna gra Joanny Kulig i Tomasza Kota. To są kreacje, które już na trwałe zapiszą się w historii polskiego kina.
Paweł Pawlikowski nawiązuje do świetnych lat kina "Szkoły Polskiej" - Wajdy, Munka, Morgensterna czy Kawalerowicza. Magia kina polega między innymi na tym, że przez  te krótkie półtorej godziny seansu filmowego, potrafi nas cofnąć w czasie. I tak jest w "Zimnej wojnie" Pawła Pawlikowskiego. 
I jeszcze jedna uwaga, ale istotna z punktu widzenia widza. Na film przyszło niewiele osób. Za to zmysły zajmowały obraz, dialog i muzyka. Powszechny ostatnio zapach popcornu nie drażnił zmysłu węchu. I bardzo dobrze.
Polecam gorąco koneserom dobrego kina.

cdn...

ziemek52

 "Jestem za a nawet przeciw" 

"Nie chcę zrobić z Kaczyńskiego demiurga, który jest stwórcą otaczającej rzeczywistości, bo dziś w Polsce jest wystarczająco wiele osób, które za kogoś takiego go uważają. Wydaje mi się, że jedną rzecz rozumie co najmniej tak samo dobrze, jak jego polityczni poprzednicy w Polsce – nie ma władzy bez bardzo silnej partii politycznej. Zwłaszcza bez partii politycznej, która podporządkowuje sobie instytucje państwa. Kaczyński i jego ludzie właśnie to teraz robią – przejmują instytucje państwa. Tyle że znacznie gwałtowniej od poprzedników. W tym sensie Kaczyński modeluje zarówno swoją partię, jak i jej ideologię, żeby uzyskać założone przez siebie cele. Odwołanie się przy tym do silnych emocji i nastrojów społecznych, które odczytuje w Polakach, jest warte bacznej obserwacji i zgłębienia. Nigdy nie sądziłem, że Polacy na tak masową skalę mogą popierać tego rodzaju partię polityczną. Okazało się, że moja wyobraźnia polityczna i socjologiczna jest zbyt ograniczone. Pocieszam się, że to nie tylko mój problem."
Jest to fragment bardzo interesującego wywiadu prof. Pawła Śpiewaka pt. "Elity społeczne polityczne nie potrafią zrozumieć Polski wg Jarosława Kaczyńskiego".
Pozwolę sobie do tego wywiadu dodać małe co nieco. Wydaje mi się, że postawę części naszego społeczeństwa można wytłumaczyć tylko stosując słynne powiedzenie Lecha Wałęsy. Przecież powiedzenie "jestem za a nawet przeciw", które jest ewidentnym alogizmem, wpisuje się w postawę części Polaków . Jeżeli profesor Śpiewak mówi, że tym ludziom nie chodzi o prawdę, to o co im chodzi? Owo - o co - tłumaczy inne nasze powiedzenie "jak dają to bierz, jak biją to uciekaj". Więc dopóki Kaczyński i PiS będzie rozdawał pieniądze, dopóty będzie miał poparcie. Warto przypomnieć sobie strajki w latach 70-ych . Dotąd dopóki były pełne półki i stoczniowcy, górnicy, hutnicy, kolejarze czuli się nasyceni przez rynek, dotąd był spokój. Gierek mógł wygłaszać bezkarnie propagandę o II Japonii i Polsce jako 10 potędze gospodarczej świata. Zaciskanie pasa i kartki oznaczało protesty i strajki. I dzisiaj jest podobnie. I o tym dobrze Kaczyński wie, więc rozdaje. Mało bowiem ludzi obchodzą jego przemowy, które puszczają mimo uszu. Będą mu bić brawo, dopóki będzie rozdawał. Każdy kryzys ekonomiczny ten entuzjazm wygasi i to szybko.

© Pisanie na śniadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci