Menu

Pisanie na śniadanie

Róbmy swoje...

Trzeba umieć wygrywać

ziemek52

Zainteresowała  mnie myśl -Józefa Hena- spisana w książce "Nie boję się bezsennych nocy". Hen pisze tak - "Wbrew powierzchownym sądom, nie jest zbyt trudno zachować tak zwaną "postawę", kiedy ponosi się porażkę. O wiele trudniej zachować godność, moralność, kiedy się jest zwycięzcą, kiedy się dysponuje losem innych. Umieć przegrywać to sztuka, ale nie taka wielka. Umieć wygrywać - to sztuka o wiele trudniejsza". Ta myśl pisarza jest wyjątkowo celna i trafia wyjątkowo w naturę Polaków. Przegrywać to my umiemy. Sztukę porażek i klęsk narodowych, potrafimy chyba,  jak nikt inny, przekuć na zwycięstwo. Zaryzykuję stwierdzenie, że im bardziej ponosimy porażki, sami często je sobie fundując, tym bardziej czujemy się zwycięzcami. Polak bez klęski i martyrologii czuje się źle. Zwycięstwo bowiem jest jednoznaczne. Jest pozbawione wszelkiej demagogii, którą kochają politycy. Jak więc na nim budować narodowe mity? Bohater, który nie zginął, to jakoś tak, nie w polskim stylu. Faktycznie zwycięstwo, to znacznie trudniejsza sztuka dla Polaków. Dopiero klęska uruchamia w nas pokłady wyobraźni. Oczywiście, że w naszych dziejach, były dni chwały i to wielkiej, które należy czcić. Odnoszę jednak wrażenie, że politycy znacznie bardziej wolą obchodzić dni klęski. Więcej po prostu można snuć demagogii i słów o uciemiężonej ojczyźnie. Tyle na temat polityki i historii w kontekście cytatu z książki Józefa Hena.

Drugą sprawą jest to, że zwycięstwo odbiera niektórym przysłowiowy rozum. Chodzi o sprawy dzisiejsze. Dziejące się "na naszych oczach". Tu i teraz. Aczkolwiek autor przytoczonego wyżej cytatu odnosi się do czasów wojny. To jednak  w czasie pokoju i zwyczajnie upływających dni, mamy do czynienia ze zwycięstwami i porażkami i podobnymi postawami. Mam na myśli zwycięstwa wyborcze. I to zwycięstwa zdecydowane, a więc takie, które dają większość parlamentarną. Dają one możliwość samodzielnego rządzenia. Tak wynika często, może nie tyle bezpośrednio z głosów wyborców, lecz z wyborczej arytmetyki, a ta jest dosyć skomplikowana. W demokracji logicznym jest, że zwycięzca obejmuje władzę. Chodzi jednak o to, czy mając większość parlamentarną, potrafi dostrzec  opozycję, a więc reprezentanta tych, co nie głosowali na zwycięzców? Czy też obóz rządzący zagarnia wszystko. Nie słuchanie opozycji, oznacza marginalizację tych, co na nią głosowali. W ślad za tym idzie stanowienie prawa "pod siebie". Powstaje pokusa władzy nieograniczonej. To zaś szybko przeradza się w "chorobę na władzę". Oznacza to ni mniej, ni więcej, jak to wiarę w nieomylność władzy. Stąd już niedaleko, do tworzenia demonów o czyhaniu na władzę przez jej wrogów. Rząd jednak wszystko wie najlepiej i robi najlepiej.  Nie znosi sprzeciwu i krytyki - obłast łuczsze znajet. Później zaczyna się ograniczanie wolności mediów i praw obywatelskich. Wszystko dlatego, bo egoizm rządzenia jest już tak wielki, że przeradza się w pychę. Pycha ma to do siebie, że nieraz rodzi lęki i to urojone. Więc władza zaczyna stwarzać prawo dla siebie, ograniczając je innym, albo nawet go pozbawiając. Wszędzie widzi wrogów, bo zaczyna się bać. A przecież po to tworzy się demokrację parlamentarną, żeby w parlamencie spotykały się różne partie i opcje polityczne. Tam bowiem mają wypracowywać porozumienia i prawa drogą kompromisu a nie wykluczania opozycji. Trzeba się jednak wykazać kulturą parlamentarną, żeby umieć słuchać głosu innych. Faktycznie - rację ma Józef Hen - pisząc: "umieć przegrywać to sztuka, ale nie taka wielka. Umieć wygrywać - to sztuka znacznie trudniejsza".

© Pisanie na śniadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci