Menu

Pisanie na śniadanie

Róbmy swoje...

Przyślę panu list i klucz

ziemek52

Listopadowa jesień. Dzień krótki, słońca brak. Słoty, wiatr, chłody a w kościach strzyka reumatyzm. Trzecia kawa nie pomaga na jesienną apatię i smutki. Wkrótce pewnie zima zawita... Póki więc nie zaczniemy wyglądać wiosny, zróbmy coś, co pozwoli nam miło przetrwać długie jesienno-zimowe wieczory. Proponuję do kawy,  lampki wina lub nalewki - dobrą książkę. Dobrą to znaczy taką, która nas pochłonie bez reszty, da zapomnienie, że za oknem deszcz lub zamieć i jeszcze nam poprawi humor. Jest nią na pewno książka pt "Przyślę panu list i klucz" Marii Pruszkowskiej. Książka przezabawna, ale i mądra. Wszystko dzieje się w rodzinie "książkowych moli". Są nimi ojciec i dwie córki - Zosia i Alina. Później dołącza do nich także matka. Wiadomo bowiem - "kto z kim przystaje...". Książki więc panują niepodzielnie w rodzinie. Reszta rzeczy traktowanych jest, jako smutny ale konieczny życiowy obowiązek.  Jednym słowem - trzeba pracować, solidnie i uczciwie, żeby zarobić na życie. Jednak bez żadnej pasji ani tym bardziej pracoholizmu.  W przypadku córek - muszą się uczyć, żeby przejść do następnej klasy. Żadnego jednak "kujoństwa" ani ślęczenia nad zadaniami z fizyki lub matematyki.  Ot, po prostu uczenie się na  "trójkę" tego, czego się nie kochało. To wszystko. Za to z tego, co kochały, miały "piątki".  Bowiem prawdziwą pasją całej rodziny były książki. Do tego stopnia, że w rozmowach posługiwano się cytatami z powieści. Świadczyło to o niebywałej znajomości dzieł. Owe cytaty były jakby czytelniczym kodem rodzinnym, z którego nic się nie zrozumie, jeżeli nie jest się rozmiłowanym w książkach bibliofilem. Nie dość, że używano ich do porozumiewania się, to córki Alina i Zosia wraz ojcem, odgrywały sceny z książek. Matka była życiową realistką, która  zawsze musiała mieć co "włożyć do gara". Irytowało ją to ciągłe "siedzenie w książkach" ojca i córek. Nieraz czuła się  lekceważona, bo mąż odzywał się do niej nie inaczej, jak tylko imionami książkowych bohaterek. Była więc Lilią Wenedą, Julią, Jagną a nawet Lady Makbet. Wkrótce  i ona  uległa pasji ojca i córek. Jak bardzo rodzina była pochłonięta czytaniem, wystarczy powiedzieć, że na wołanie matki - obiad na stole - "z trzech miejsc w naszym mieszkaniu podnosiły się trzy lunatyczne zaczytane postacie i doczytując jeszcze ostatnie zdania w drodze zdążały do stołu..." Przy stole zaś "Nasza trójka z nosami w książkach łykała to, co znalazło się na talerzach, nie bardzo zwracając uwagę na ilość i jakość posiłku". Książki ulubione, a więc te, do których wracano bardzo często, ustawione były w specjalnej biblioteczce. Nazwana została "Miesiąc Zatajony". Przeznaczone były  tylko dla nich samych i były nie do wypożyczenia. Druga biblioteczka "Dary Księżycowe" to książki łatwe, lekkie i przyjemne a nieraz po prostu słabe i banalne. Do wypożyczenia,  nawet na "wieczne nieoddanie". Tak więc życie rodziny wypełnione było czytaniem. Co z tego wynikało, jakie zabawne sceny a nieraz perypetie miały miejsce, dowiecie się, jak przeczytacie książkę. Jest taki cytat w powieści "Są książki, które się czyta. Są książki, które się pochłania. Są książki, które pochłaniają czytającego". Ręczę, że "Przyślę panu list i klucz" pochłonie każdego czytającego. Na pewno zapomni przy niej o jesiennych słotach lub zamieci za oknem. Polecam...

© Pisanie na śniadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci